Home » Wielkie chwile » Droga jeźdźców do medalu na igrzyskach w Paryżu w 1924 r.

Droga jeźdźców do medalu na igrzyskach w Paryżu w 1924 r.

Paryż, 27 lipca 1924 r. Ostatni dzień igrzysk olimpijskich. Na wypełnionym niemal po brzegi stadionie Colombes zasiadają znamienici goście: prezydent Francji Gaston Doumergue, twórca nowożytnych igrzysk baron Pierre de Coubertin, książę Walii i przyszły król Edward VII, cesarz Etiopii Hajle Syllasje I. Wszyscy przybyli, by zobaczyć ostatnią konkurencję igrzysk: skoki przez przeszkody.

Na parkurze miało się pojawić 43 jeźdźców. Tor był wymagający: miał 16 przeszkód o rozmiarach dochodzących do 140 cm wysokości i 4 m szerokości. Francuzi dodatkowo utrudnili zadanie olimpijczykom, zasypując powierzchnię grubą warstwą piasku. Konie się przewracały, miały problemy z odbiciem. Ostatecznie żaden z uczestników nie zaliczył bezbłędnego przejazdu.

Polskie zmagania

Polskich jeźdźców było czterech. Major Kazimierz Szosland dwukrotnie upadł i mocno się potłukł, ale ukończył przejazd i zajął 32. miejsce. Nieco lepiej poradził sobie por. Zdzisław Dziadulski: wywalczył 28. lokatę, choć jego Zefer miał opinię słabego konia.

Podpułkownik Karol Rómmel uplasował się na 10. miejscu. Były to drugie igrzyska w jego karierze – w 1912 r. startował w Sztokholmie jako reprezentant Rosji. Miał nawet szanse na tytuł mistrzowski, lecz jego koń poślizgnął się na przedostatniej przeszkodzie. Rómmel wskutek wypadku złamał sześć żeber, jednak mimo bólu wstał i półprzytomny dokończył przejazd. Nie zdobył więc medalu – ale na pewno zyskał szacunek wśród Szwedów, z królem Gustawem V na czele. Dość powiedzieć, że władca tak bardzo przejął się losem jeźdźca, że postanowił odwiedzić go w szpitalu i wręczyć mu kopię olimpijskiego krążka.

W Paryżu historia jakby zatoczyła koło: Rómmel na początku zaliczył wpadkę, ale potem było wspaniale. Jego koń, Faworyt, obiekt drwin, gnał jak natchniony, tyle że w ostatnim fragmencie przejazdu zabrakło mu sił. Nie potrafił już tak żwawo pokonywać kolejnych przeszkód, zaliczył kilka zrzutek. A szkoda, bo doświadczony olimpijczyk mógł powalczyć o wyższe miejsce.

Polak na podium

Tego dnia najlepszym z Polaków okazał się Adam Królikiewicz. Jechał na swoim ulubieńcu, Picadorze. Obaj ruszyli mocno. Jeździec wiedział, że to ostatnia szansa na olimpijski medal, i szedł jak burza. Do dziewiątej przeszkody miał nawet złoto. Niestety, zrzutka i cztery punkty karne sprowadziły go na ziemię. W „Kurierze Polskim” redaktor Wacław Sikorski pisał tak:

Pierwszy z naszych ukazał się w bramie Maratonu bohater z Nicei por. Królikiewicz. Na odgłos dzwonka ruszył naprzód. Stary kilkunastoletni „weteran taborowy” – Picador, stuliwszy uszy, szedł śmiało na przeszkody, zrzucając zaledwie dwie i trzecią biorąc powtórnie. Brawurowa i pełna fantazji jazda por. Królikiewicza nagrodzona została hucznymi oklaskami.

Adam Królikiewicz podczas zawodów w skokach przez przeszkody, 1924 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ostatecznie Królikiewicz i Picador wywalczyli brązowy medal olimpijski i biało-czerwony sztandar zatrzepotał nad paryskim stadionem. Mistrzem olimpijskim został Alphonse Gemuseus na Lucette, drugie miejsce zajął Tommaso Lequio di Assaba, dosiadający Trebecco. Królikiewicz wspominał:

Przynosząc mi tytuł drugiego wicemistrza i brązowy medal w skokach na Olimpiadzie w Paryżu, Picador zakwalifikował się tym samym na trzeciego konia świata, a powinien być drugim. Przez niewybaczalne przeoczenie olimpijskiego jury Polska straciła wtedy srebrny medal… Świetnemu jeźdźcowi włoskiemu kapitanowi Lequio została podczas przebiegu na stadionie Colombes udzielona pomoc przez fotografa, który w pewnym momencie podtrzymał spadającego z konia Włocha, wsadzając go z powrotem w siodło.

Przepisy zabraniały podobnych praktyk, mimo to sędziowie nie zareagowali.

Co ciekawe, do dziś nie ma pewności, czy Królikiewicz nie był pierwszym Polakiem, który zdobył medal na igrzyskach olimpijskich. Przyjęło się, że to kolarze torowi: Tomasz Stankiewicz, Franciszek Szymczyk, Józef Lange i Jan Łazarski jako pierwsi w dziejach polskiego sportu stanęli na olimpijskim podium. Jednak relacje z paryskich igrzysk nie były precyzyjne, a zawody na kolarskim torze i na parkurze rozgrywano o podobnej porze…

Z wojen na igrzyska

Hippika rozwijała się nad Wisłą wyjątkowo efektownie i efektywnie. Po zakończeniu I wojny światowej w 1918 r. Polacy odzyskali niepodległość. Dwa lata później musieli bronić jej przed najeźdźcą ze wschodu. Te wydarzenia umocniły legendę rodzimej kawalerii: polscy ułani nie dość, że byli odważni i bitni, to jeszcze wyśmienicie jeździli konno. Po zakończeniu konfliktów zbrojnych właśnie wokół ułańskich pułków powstawały twory, które współcześnie nazwalibyśmy „klubami sportowymi”.

W pierwszej połowie 1920 r. najlepsi polscy sportowcy przygotowywali się do olimpijskiego debiutu w Antwerpii. Jeźdźcy, w większości mężczyźni będący w armii, również. Podobnie jak wszyscy zmagali się z problemami natury organizacyjnej i sprzętowej. Największym był brak dobrych koni – dosiadali głównie taborowych albo służących wcześniej na frontach. Królikiewicz sportową karierę rozpoczął z Jaśkiem, austriackim wierzchowcem zarekwirowanym w okolicy Włodawy. Zwierzę trafiło do 1 Pułku Ułanów w 1918 r. i tam poznało nowego właściciela. Ale w 1920 r. para dopiero się uczyła. Królikiewicz przyglądał się wówczas treningom kadry na warszawskiej Agrykoli.

Po każdym takim podglądaniu pędziłem do koszar, wyciągałem ze stajni Jaśka, cierpliwą ofiarę moich sportowych uniesień i zapędów, by na dużym placu ćwiczebnym pułku, niestety bez instruktora, powtarzać kolejno to samo, co widziałem za parkanem Agrykoli. W ten sposób obaj z Jaśkiem z dnia na dzień osiągaliśmy coraz lepsze wyniki – pisał jeździec po latach.

Zawody hippiczne cieszyły się w tym czasie sporą popularnością w stolicy. Organizowali je Karol Rómmel, Sergiusz Zahorski i Tadeusz Daszewski, którzy przygotowywali kadrę do startu na igrzyskach – chcieli wyłowić na nich kolejne talenty. Na jednych, rozgrywanych na Polu Mokotowskim, pojawił się właśnie Królikiewicz z Jaśkiem. Licznie zgormadzona publika brała wtenczas udział w totalizatorze. Za 20 marek postawionych na Adama można było zgarnąć aż 20 razy więcej w przypadku jego wygranej. Ci, którzy zaryzykowali, przecierali oczy ze zdumienia. Byli blisko: debiutant zajął drugie miejsce! Wygrał Rómmel.

Na igrzyska olimpijskie do Antwerpii nie pojechał jednak ani Adam, ani żaden inny polski sportowiec. Większość walczyła w wojnie z bolszewikami. Dopiero po zwycięskim Cudzie nad Wisłą można było myśleć o rywalizacji na stadionach czy torach.

Przed Paryżem

Po zakończeniu wojny z Rosją Sowiecką w 1921 r. Królikiewicz trafił pod skrzydła Rómmla, wówczas zastępcy dowódcy 1 Pułku Szwoleżerów. Robił ogromne postępy, mimo że sam nie uważał siebie za wybitnego jeźdźca, i ostatecznie trafił do reprezentacji. W kwietniu 1923 r. kadra wyjechała na zagraniczne zawody do Nicei. Podróż trzyosobowej ekipy z końmi trwała 11 dni. Warto było poświęcić aż tyle czasu, by dotrzeć na miejsce. Zahorski, Rómmel i Królikiewicz spisali się bowiem wyśmienicie: w konkursie drużyn o Puchar Narodów uplasowali się tuż za Włochami. Później wyjechali do Rzymu, gdzie równie mocno zaznaczyli swoją obecność w europejskim jeździectwie.

Biorąc pod uwagę, że w każdym z tych konkursów międzynarodowych brało udział zawsze więcej jak po sto doskonałych koni i żeby otrzymać choćby najmniejsze odznaczenie, trzeba było przebyć cały parcours bez najmniejszego błędu, a o miejscach decydowała tylko szybkość, którą żeby osiągnąć, potrzeba nie tyle już sprawności jeźdźca, ile klasy konia – rezultat ogólny musimy uważać za znakomity – oceniał redaktor Jaworski w „Jeźdźcu i Hodowcy”.

Rozwój jeździectwa w Polsce był wtedy imponujący. Pięć lat po odzyskaniu niepodległości polscy jeźdźcy zaczęli odnosić międzynarodowe sukcesy, zdobywać dziesiątki nagród. Na kilka tygodni przed startem w Paryżu olimpijczycy pojechali do Lucerny i zwyciężyli w klasyfikacji narodów. Polskie konie, w tym wyciągnięty z taboru uparty Picador Królikiewicza, zachwyciły szwajcarskich (i nie tylko) obserwatorów. Fundamenty pod sukces na igrzyskach w stolicy Francji były zatem solidne. Ale hippika to sport, tu nigdy nie ma pewności.

Ekipa polska na międzynarodowe zawody hippiczne w Londynie, 1925 r. Widoczni m.in.: por. Kazimierz Szosland (1. z prawej), rtm. Henryk Dobrzański (2. z prawej), ppłk Karol Rómmel (3. z prawej), rtm. Adam Królikiewicz (1. z lewej). Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po Paryżu

Chociaż polscy jeźdźcy nie zaspokoili swoich sportowych ambicji i nie byli zadowoleni z olimpijskiego występu – oprócz medalu Królikiewicza zajęli szóste miejsce w skokach przez przeszkody drużynowo i siódme we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego (WKKW) – poolimpijska przyszłość krajowego jeździectwa rysowała się w jasnych barwach. Na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 r. zdobyli srebro drużynowo w skokach przez przeszkody (w składzie Michał Woysym-Antoniewicz, Kazimierz Gzowski i Kazimierz Szosland) oraz brąz w WKKW (Michał Woysym-Antoniewicz, Józef Trenkwald i Karol Rómmel).

Do Los Angeles nasi jeźdźcy już nie pojechali, bo rok 1932 był czasem kryzysu ekonomicznego. Kolejne zdobycze olimpijskie przyszły w Berlinie w 1936 r.: w skład „srebrnej” drużyny wchodzili wówczas Henryk Leliwa-Roycewicz, Seweryn Kulesza oraz Zdzisław Kawecki.

Kto wie, jak daleko pogalopowałby ten sport, gdyby nie wybuch II wojny światowej. Jeśli po ataku Niemiec na nasz kraj możemy mówić o straconym pokoleniu sportowców, to hippika jest jedną ze straconych dyscyplin.

 

Skip to content