Home » Mówią mistrzowie » Nigdy nie jest za późno – rozmowa z Heleną Pilejczyk

Nigdy nie jest za późno – rozmowa z Heleną Pilejczyk

Jaka jest pani recepta, żeby w wieku 84 lat pozostawać w tak fantastycznej formie?

Codziennie uprawiam gimnastykę i jeżdżę na rowerze, choć tylko na stacjonarnym, ponieważ w moim wieku boję się o zderzenie i ewentualny upadek. Teraz wiele osób jeździ na rowerach i choć są ścieżki rowerowe, to jednak piesi nie zawsze uważają i wchodzą na te ścieżki. A na stacjonarnym rowerze codziennie sobie chwilę pojeżdżę, przy okazji włączę program w telewizji.

Muszę powiedzieć, że jak mnie wciągnie coś, co oglądam, to nie odczuwam wysiłku. Ba! Jak leci coś emocjonującego, to mimowolnie zaczynam szybciej pedałować. Gdy się zorientuję, mówię sobie: „Boże, chyba trochę za szybko!”. I zwalniam.

Ile przejeżdża pani rowerem stacjonarnym w czasie jednej sesji?

Od 10 do 15 km. To nie jest dużo, ale biorę poprawkę na wiek. Poza tym w domu zawsze jest sporo do zrobienia, wychodzę też dość często, czy to na zakupy, czy na jakieś spotkania. Jestem medalistką i honorowym obywatelem Elbląga, więc władze miejskie zapraszają mnie na różne uroczystości, a ja nie odmawiam. Oprócz tego mam spotkania z dziećmi w szkołach. Prowadzę bardzo ruchliwy styl życia.

W Polsce ciągle wiele osób uważa, że starszemu człowiekowi nie wypada tak gnać.

Zawsze byłam osobą bardzo dynamiczną, ruchliwą. Od dziecka lubiłam ruch i wysiłek. Sama moja aktywność zawodnicza była zresztą dość długa – trwała całe 20 lat. Nie każdy wytrzymuje tyle czasu w reżymie treningowym, ale ja to lubiłam. Koleżanki często mówiły: „Jak ty to robisz? Tyle lat startujesz i do tego osiągasz takie wyniki”.

A przecież zaczęła pani bardzo późno…

Miałam 21 lat, jak po raz pierwszy założyłam panczeny. Wcześniej oczywiście uprawiałam sport, ale amatorsko. Grałam w siatkówkę, tenisa, biegałam, skakałam, pchałam kulą, rzucałam dyskiem. Wszystko mnie interesowało. W żadnej z tych dyscyplin nie byłam wybitną zawodniczką, ale wszędzie osiągałam dość dobre wyniki.

Kiedyś modne były spartakiady międzyzakładowe. Uczestniczy- łam w nich i brałam udział w różnych dyscyplinach: w siatkówce, w koszykówce. Miałam łatwość przyswajania odpowiedniej techniki, może nie do perfekcji, ale na tyle, by uzyskiwać zawsze dobrą pozycję w zawodach i nie przynieść drużynie wstydu.

Kiedy po raz pierwszy zakładała pani łyżwy, to Elwira Seroczyńska, z którą osiem lat później zdobywałyście razem medale olimpijskie, była już mistrzynią Polski!

Tak, Elwira była już wtedy mistrzynią. Stanowiła dla mnie wzór. A początki miałam trudne. Założyłam łyżwy i od razu się przewróciłam. Wcześniej, jako dziecko, jeździłam na łyżwach krótkich, takich przykręcanych na śrubki do bucika.

W których nogę trzeba ustawić inaczej.

Właśnie! Wydawało mi się, że potrafię jeździć na łyżwach, więc za- łożyłam panczeny i tak jak zapamiętałam to z dzieciństwa, chciałam się odepchnąć z czuba. A to nie było możliwe, ponieważ panczena jest łyżwą długą. Popatrzyłam na inne koleżanki i kolegów. Zobaczyłam, że trzeba odbijać się w bok. Zaczęłam ich naśladować i ten pierwszy upadek okazał się ostatnim, jaki mi się przydarzył.

Wykonałam kilka okrążeń, jazda wychodziła coraz lepiej. Trener spytał, czy nie chciałabym przychodzić na obóz dochodzeniowy. To były ferie w czasie świąt Bożego Narodzenia, a ja pracowałam już w szkole jako nauczycielka. Miałam wolne, więc odparłam, że bardzo chętnie skorzystam z zaproszenia. No i zaczęłam chodzić dwa razy dziennie na zajęcia.

Pod koniec cyklu treningowego trener zrobił sprawdzian. Też oczywiście wystartowałam. O dziwo, nie byłam ostatnia czy przedostatnia, ale wygrałam z kilkoma koleżankami, które trenowały już drugi sezon. Byłam bardzo zadowolona, że tak dobrze mi poszło, trener oczywiście również. Możliwe, że na tym moja kariera zawodnicza by się skończyła, gdyby nie przypadek. Zgrupowanie dobiegło końca, zawodnicy się rozjechali, a ja wróciłam do pracy w szkole. Najlepsi zawodnicy pojechali do Zakopanego, żeby przygotowywać się do mistrzostw Polski…

…i nagle się okazało, że jest potrzebne zastępstwo.

Potrzebna była czwarta osoba do sztafety. Później zaniechano sztafet, ale to były mistrzostwa, na których jeszcze je rozgrywano. Każda zawodniczka miała do przejechania jedno okrążenie, 400 metrów. Nie przekazywało się żadnej pałeczki, tylko trzeba było popchnąć zawodniczkę, która czekała na starcie – wtedy ona rozpoczynała swój bieg. Brakowało więc czwartej do sztafety i trener sobie o mnie przypomniał. Wysłał telegram, a ja chętnie skorzystałam z zaproszenia i pojechałam do Zakopanego.

To niezwykłe, jaką rolę w pani życiu odegrał przypadek.

Wierzę w przypadki, ale szczęściu oczywiście też trzeba pomóc. Gdyby nie panczeny, może byłabym dobrą lekkoatletką. Siatkarką raczej nie, bo mierzyłam tylko 159 cm – obecnie nawet dziewczyny grające na pozycji libero są wyższe. Rozważałam więc lekkoatletykę – trenerzy sugerowali, że mogłabym odnosić sukcesy w biegach średnich, bo miałam dobrą kondycję. Jednak to właśnie trener od łyżwiarstwa, pan Kazimierz Kalbarczyk, miał nosa, obserwował mnie od dłuższego czasu i widział, że jestem sprawną dziewczyną, chętną do treningów.

Helena Pilejczyk. Żródło: domena publiczna

Zakładała pani łyżwy przez pół wieku!

Rzeczywiście, tak to wyglądało: 20 lat byłam zawodniczką, 20 lat trenerem, a później jeszcze startowałam w zawodach seniorskich. Dzięki temu, że uprawiałam sport i lubiłam wyjeżdżać, miałam okazję zwiedzić świat, poznać ciekawych ludzi. Do dzisiaj lubię podróżować i bardzo się cieszę, jak PKOl zaprasza mnie na pikniki olimpijskie. Spotykam się wtedy z innymi zawodnikami, mamy okazję porozmawiać.

Jak pani wspomina udział w mistrzostwach seniorów? Kto uczestniczy w tego typu zawodach?

Jak skończyłam karierę zawodniczą, to zajęłam się trenerstwem. Wychowałam mistrzów Polski, rekordzistów Polski, rekordzistki. Po 20 latach jednak pogorszyły się warunki do treningów. Zimy stawały się coraz łagodniejsze, a kluby nie miały pieniędzy, żebyśmy mogli gdzieś wyjechać. Powstawały tory w Tomaszowie Mazowieckim, w Sanoku, w Warszawie, ale u nas w dalszym ciągu nie było toru. Stwierdziłam niestety, że w takich warunkach, jakie panują, nie jestem w stanie wychować zawodnika o klasie międzynarodowej. Tak się jednak złożyło, że akurat rozgrywane były mistrzostwa świata w jeździe szybkiej na lodzie. Zwróciłam się wtedy do prezesa klubu, który jednocześnie był dyrektorem browaru. Powiedziałam mu: „Panie prezesie, są takie zawody, ale nie stać mnie na to, żeby na nie wyjechać”. A on na to: „Jeżeli pani chce wyjechać, to my zasponsorujemy”. I tak na powrót rozpoczęłam treningi.

Czyli nową karierę zawodniczą zaczęła pani koło sześćdziesiątki?

No, wie pan, ja mam ściągawkę…

Zajrzyjmy. Pamięć jest zawodna…

Miałam 64 lata, jak zaczęłam znowu trenować. Za czasów mojej kariery zawodniczej nie było takich pięknych fitness klubów i siłowni jak obecnie. Kiedy więc po latach rozpoczęłam na nowo treningi i udałam się na siłownię…

…to się pani przetrenowała z tej radości, że jest tak dużo sprzętu, jest tak kolorowo i ładnie?

Tak, ale to już pod koniec kariery seniorskiej. A karierę skończyłam na mistrzostwach świata seniorów w Hamar w 2002 r. Miałam wtedy 71 lat

Jak wspomina pani ten czas?

To było coś wspaniałego. Spotkałam wiele zawodniczek, dużo młodszych ode mnie. Z moich roczników było bardzo mało osób, bo im starsza grupa wiekowa, tym mniejsza konkurencja. Wiadomo, że ludzie odchodzą, chorują, mają kontuzje. Była pani w Holandii, w Kanadzie… Tak, dwa razy w Kanadzie, dwa razy w Berlinie, we Włoszech i w Hamar w Norwegii. Proszę też sobie wyobrazić, że w Berlinie w 2000 r. po raz pierwszy w życiu startowałam w hali. Po raz pierwszy w życiu! Za moich czasów nie było przecież hal.

Spotkała pani weteranów w takim wieku, w jakim pani była dopiero rozwijającą się zawodniczką przed igrzyskami olimpijskimi.

No właśnie! Ale miło wspominam ten czas. Atmosfera na takich zawodach jest wspaniała. Wszyscy wszystkich dopingują. Niezależnie od tego, czy zawodnik zajmie ostatnie miejsce czy pierwsze, składa mu się gratulacje. To jest naprawdę coś wspaniałego. No i ta atmosfera! Nikt z nikogo się nie śmiał, mimo że startowały panie i szczupłe, i grubsze, panowie też w różnym wieku, różnej tuszy. Każdego się dopingowało, każdemu się kibicowało. Coś niesamowitego po prostu!

To wszystko, o czym pani mówi, trudno sobie wyobrazić tym czytelnikom, którzy nie byli aktywni sportowo…

Nigdy nie jest za późno na taką aktywność.

Naprawdę?

Tak mi się wydaje. Trzeba tylko podejść do tego z rozsądkiem. W starszym wieku trzeba być aktywnym fizycznie, zachowując oczywiście umiar.

Helena Pilejczyk

Urodziła się w 1931 r. w Zieluniu k. Mławy. Z domu Majcher. Łyżwiarka szybka, dwukrotna olimpijka, brązowa medalistka ze Squaw Valley (1960 r.) w konkurencji na 1500 m. 36 razy zdobywała mistrzostwo Polski, aż 40 razy biła rekord kraju na różnych dystansach. Związana z elbląskim klubem Olimpia. Po zakończeniu kariery zawodniczej rozpoczęła pracę pedagogiczną i trenerską. Wychowała wiele znakomitych zawodniczek. Jeden z jej ostatnich sportowych sukcesów to złoty medal w wieloboju na mistrzostwach weteranów w 1997 r., zdobyty w wieku 66 lat. Ma męża Lucjana, działacza i sędziego łyżwiarskiego.

Czytaj także

Skip to content